środa, 30 kwietnia 2014

BOURBONY SINGLE BARREL - CZYLI CO WARTO KUPIĆ cz.VII

"Miesiąc temu powróciłem do chwilowo odłożonej sprawy przeglądu krajowego rynku bourbon whiskey. Przez pierwsze pięć odcinków cyklu artykułów pt. „Bourbony… - czyli co warto kupić” przybliżałem sylwetki marek bourbonów small batch, a więc trunków zestawianych z niewielkiej liczby najlepszych beczek, jakimi dysponuje dany producent. W szóstym odcinku cyklu (w marcowym numerze RA) rozpocząłem przegląd oferty bourbon whiskey w innej wersji – single barrel. Tym, którzy nie mieli okazji przeczytać poprzedniego artykułu zaznaczę, że bourbony single barrel, to wersje american whiskey pochodzące (jak zresztą sama nazwa sugeruje) wyłącznie z jednej beczki. W praktyce oznacza to, że producent nie zestawia tu trunku przez zmieszanie zawartości pewnej ilości beczek (jak w przypadku bourbonów small batch), ale wlewa do butelek destylaty pochodzące z jednej wyselekcjonowanej beczki. Nie ma tu zatem miejsca na pomyłkę, ani tym bardziej na jej kompensację poprzez dodanie destylatów z innych beczek. Bourbony single barrel stanowią więc elitarną grupę american whiskey, ucieleśniającą sobą specyficzny domowy styl danej destylarni i tym samym charakter selekcjonującego je mistrza destylacji. Zapraszam wobec tego na kolejną odsłonę prezentacji bourbonów z pojedynczej beczki, jakie można znaleźć w polskich sklepach nie tylko monopolowych.
Eagle Rare Single Barrel 10YO
            Do tej pory zdążyłem zaprezentować kilka single barreli ze stajni Buffalo Trace Distillery (należących de facto do spółki Age International). Rzecz jasna Buffalo Trace ma również własne marki bourbon whiskey, w tym także i te z pojedynczej beczki. Większość z nich należy do edycji limitowanych, więc (zgodnie z przyjętą w tym cyklu artykułów formułą omijania edycji limitowanych) nie zostaną tu zaprezentowane, z wyjątkiem jednej. Jest nią Eagle Rare Single Barrel 10YO (ERSB). Marka Eagle Rare pierwotnie należała do Seagramsa. Po sukcesie Blanton’sa pod koniec lat 80-tych ubiegłego wieku nastała era bourbona z półki super premium, w tym szczególnie w wersji single barrel. Do tej fali sukcesu przyczynił się inny bourbon z pojedynczej beczki. Był nim Wild Turkey Kentucky Spirit. Na tym tle Sazerac (obecny właściciel Buffalo Trace Distillery) postanowił również wykorzystać koniunkturę, jednak brakowało mu odpowiedniej marki. Wybór padł ostatecznie na kupionego od Seagramsa Eagle Rare, jako że nazwa również była tu ornitologiczna, a w końcu orzeł nieco bardziej szlachetną ptaszyną jest niż indyk.
Pierwszy kontakt z butelką ERSB pozostawia naprawdę dobre wrażenie. Smukła, ale i solidna butelka, wykończona jeszcze bardziej smukłą szyjką, swym kształtem nawiązuje do pięciu whiskey z elitarnej i ekskluzywnej Antique Collection, chluby i dumy destylarni Buffalo Trace. Tej butelki nie powstydzi się żaden posiadacz domowego barku. A co w środku? Otóż bourbona tego produkuje Buffalo Trace według innej receptury, niż miało to miejsce w przypadku single barreli, produkowanych również w Buffalo Trace, a opisywanych przeze mnie przed miesiącem. Zastosowano tu recepturę (mashbill) o zwiększonej zawartości kukurydzy kosztem żyta (Mash #1) w porównaniu z Blanton’sem czy Elmerem T. Lee (Mash #2). To między innymi ma skutkować bardziej słodką paletą i trzeba przyznać, że skutkuje. Nie jest to jednak whiskey słodka, jak ktoś mógłby sobie pomyśleć, a z pewnością nie po 10 latach spędzonych w beczce. Ten czas w warunkach klimatycznych stanu Kentucky sprawia, że bourbon whiskey ubogaca się tonami waniliowymi, wyraźnie przeplecionymi wytrawnością dębu i skóry. W przypadku ERSB tony te jednak nie zdominowały palety, która jest tu znakomicie wyważona. Cena ERSB w Polsce oscyluje wokół 220-230 zł za butelkę i muszę przyznać, że jest to naprawdę przyzwoita oferta, nad którą nie powinniście się długo zastanawiać.
Wild Turkey Kentucky Spirit
            Jako że przy okazji omawiania poprzedniej bourbon whiskey do tablicy został wywołany Dziki Indyk, to pozwolicie, że teraz o single barrelach z tej właśnie destylarni prawił będę. Wild Turkey Kentucky Spirit (WTKS) narodził się w 1995 roku i był jednym z pierwszych bourbonów w wersji single barrel oferowanych na rynku. W omawianym przypadku butelka robi jeszcze większe wrażenie niż poprzednio. W kształcie swym to jedno z większych arcydzieł sztuki hutniczej – pękata, nieco wypłaszczona i przede wszystkim ozdobiona żłobionym szklanym pióropuszem, nawiązującym do postawionego ogona dumnego z siebie indora. Wszystko to ma z jednej strony kojarzyć się z marką Wild Turkey (Dziki Indyk), z drugiej zaś wzbudzać respekt i żądzę posiadania. Zważywszy na cenę tej whiskey zabiegi takie należy odbierać, jako wysoce wskazane. Gdybyśmy żyli w USA, to jeszcze cena ta nie zwalała by z nóg co któregoś konsumenta. W Polsce jednak ta wersja bourbon whiskey ze słynnej destylarni z Lawrenceburga pojawia się nader sporadycznie i stoi dumnie obok równie naprężonej ceny oscylującej wokół 500 zł........"
Tak, tak - to już siódma odsłona cyklu artykułów, w których prezentuję dostępne w krajowych sklepach alkoholowych bourbon whiskey. Najpierw przedstawiałem sylwetki bourbonów small batch, po czym przystąpiłem do opisywania bourbonów single barrel. Tym razem, w najnowszym wydaniu miesięcznika Rynki Alkoholowe, prezentuję cztery kolejne bourbony z pojedynczej beczki. Mimo to wciąż temat jest niewyczerpany, więc przygotowuję się do ósmego odcinka z cyklu, w którym nadal przybliżane będą sylwetki single barreli. Póki co jednak zapraszam do lektury bieżącego artykułu, który w całości znajdziecie w kwietniowym numerze Rynków.

piątek, 18 kwietnia 2014

ELMER T. LEE 1919-2013 COMMEMORATIVE BOTTLE

Destylarnia Buffalo Trace postanowiła uhonorować pośmiertnie swojego wieloletniego mistrza destylacji i prawdziwego guru świata american whiskey - Elmera T. Lee. O Elmerze T. Lee pisałem na łamach tego bloga tuż po jego śmierci w lipcu 2013 roku (patrz tutaj).
Tym razem chcę powiedzieć, że pojawiła się właśnie na rynku amerykańskim specjalna edycja znanej miłośnikom gatunku bourbon whiskey Elmer T. Lee Single Barrel. To Elmer T. Lee 1919-2013 Single Barrel, którą prezentuję poniżej:
Jak widać, jedyną różnicą pomiędzy wersją standardową, a tą specjalną jest czarny kolor etykiety (w wersji standardowej jest ona przezroczysta) oraz data urodzin i śmierci mistrza (1919-2013). Poza tym to prawie ta sama whiskey pochodząca z jednej beczki (single barrel). Piszę "prawie", ponieważ różnica tkwi tu w zawartości alkoholu w destylacie, która wynosi tu 93 proof (46,5%), co ma podobno nawiązywać do wieku Elmera T. Lee (93 lata). Whiskey ta będzie dostępna w cenie około 35$ za butelkę. W cenie znajduje się też datek dla weteranów wojennych, co znów ma nawiązywać do postaci starego mistrza, który w czasie II wojny światowej służył w armii amerykańskiej, jako radar bombardier.

czwartek, 17 kwietnia 2014

WILD TURKEY DIAMOND ANNIVERSARY

"The Year of Jimmy Russell" - pod takim hasłem Wild Turkey Distillery świętować będzie w 2014 roku jubileusz 60-lecia pracy mistrza destylacji Jimmy'ego Russella dla wciąż jednej i tej samej destylarni. Jubileusz ten przypadnie dokładnie na wrzesień tego roku. Święto jednak będzie podwójne, a to dlatego, że Jimmy dwa miesiące później (czyli w listopadzie) obchodzić będzie swoje 80. urodziny. Cóż może zrobić destylarnia w obliczu takiego święta takiego mistrza - może otóż wypuścić na rynek specjalną edycję limitowaną swojej bourbon whiskey, tak, jak miało to miejsce 10 lat temu, na 50-lecie pracy starego mistrza. Wówczas to światło dzienne ujrzała Wild Turkey Tribute 15YO (o której zresztą już pisałem, a którą mam zaszczyt posiadać w swojej kolekcji - patrz tutaj).
Tym razem edycję limitowaną przygotował wyłącznie syn Jimmy'ego - Eddie Russell, pełniący funkcję associate master distiller. Pierwsze przecieki na temat tej edycji pojawiły się już w styczniu br (pisałem o tym tutaj). Oficjalnie bourbon wydany na cześć 60. rocznicy pracy mistrza  nazywać się będzie Wild Turkey Diamond Anniversary. Będzie to bourbon whiskey zestawiona z destylatów, które leżakowały od 13 do 16 lat. Niestety zawartość alkoholu nie będzie tu wynosiła ani tyle, ile w momencie opróżnienia beczek (barrel proof) ani też słynne 101 proof (tak charakterystyczne dla marki WT). Będzie to zawartość ledwie na poziomie 91 proof (45,5%), co wpisywałoby się w pewien niepokojący dla mnie trend promowania znakomitych edycji WT właśnie z tak obniżoną zawartością alkoholu (co miało miejsce już przy mało znanej na świecie edycji WT Distiller's Reserve 13YO, obecnej wyłącznie na rynku japońskim, choć również obecną w moim barku - patrz tutaj).
WT Diamond Anniversary dostępny będzie już od maja wyłącznie w otwartym oficjalnie dwa dni temu, czyli 15 kwietnia br., nowiutkim Visitor Center, w cenie 125$ za butelkę.
Gdzieś około sierpnia oferta WT Diamond Anniversary rozszerzy się na wybrane rynki, jednak wciąż wyłącznie na terenie USA. Dopiero wczoraj ukazała się oficjalna fotka tej whiskey. Oto ona:
Ciekawe, czy jakiś europejski sklep pokusi się o prywatny import tej bourbon whiskey i za ile zechce ją sprzedać (bo pierwotna cena 125 dolców będzie wówczas z pewnością tylko marzeniem).

środa, 16 kwietnia 2014

JACK DANIELS RESTED TENNESSEE RYE

Być może pamiętacie, jak na rynku pojawił się żytni "white dog", będący dziełem destylarni Jack Daniel. Rumor ogromny się wówczas rozpanoszył w mediach co najmniej z dwóch powodów (oba nie do pomyślenia dotąd w odniesieniu do destylarni JD):
1. Był to pierwszy świeży destylat z tej destylarni (white dog), zaoferowany rynkowi
2. Nie był to destylat przeznaczony do JD Tennessee Whiskey, ale nieleżakowana rye whiskey (!)
Pisałem o tym obszernie w 2012 roku i jeszcze trochę w 2013. Zanim więc zaczniecie czytać dalszą część tego posta, dla pełnego obrazu polecam zapoznać się z treścią moich starych wpisów, które ułożyłem wam poniżej w kolejności chronologicznej:
Ci, którzy zapoznali się z treścią powyższych wpisów (teraz, czy w swoim czasie) poznali moje przewidywania odnośnie celu i przyszłości JD Unaged Tennessee Rye. Dziś mogę powiedzieć, że miałem rację. Oto 15 kwietnia Jack Daniel Distillery zaprezentowała swój najnowszy produkt - Jack Daniels Rested Tennessee Rye. Tak wygląda wspomniana whiskey:
Jak się okazało (a co powiedziałem rok temu), jest to znana już konsumentom JD Unaged Tennessee Rye, poddana jednak około dwuletniemu leżakowaniu w nowych wypalanych od środka beczkach dębowych (typowych dla JD i innych dużych destylarni american whiskey). Dodam tylko, że beczki do tej edycji JD były lekko opiekane (toasted) oraz standardowo wypalone (charred).  Dzięki temu, że okres leżakowania wynosi tu co najmniej 2 lata, whiskey ta może nazywać się Straight Rye Whiskey (i tak też się nazywa).
JD rested Tennessee Rye będzie dostępna jeszcze w tym miesiącu, póki co wyłącznie w USA w wybranych sieciach handlowych, w cenie około 50$ (na rynku pierwotnym) za butelkę zawierającą trunek o zawartości alkoholu 80 proof (40%). Oczywiście kolekcjonerzy, szczególnie ci z Europy, będą musieli zapłacić za butelkę najnowszej whiskey JD więcej, być może dużo więcej. Chyba, że producent zdecyduje się zaoferować swoją rye whiskey rynkom międzynarodowym, ale o tym jeszcze za wcześnie mówić.

wtorek, 15 kwietnia 2014

JACK DANIELS vs. GEORGE DICKEL - CZYLI CIĄG DALSZY NASTĄPIŁ

Ostatnio poruszyłem na łamach tego bloga kwestię pomysłu Diageo odnośnie leżakowania swoich George Dickel Tennessee Whisky (GD) w beczkach używanych (zamiast w tradycyjnych beczkach nowych). Pomysł ten wywołał w Stanach Zjednoczonych burzę komentarzy i domysłów (patrz tutaj). 
W efekcie fali krytyki, jaka zdominowała medialne komentarze znawców i amatorów american whiskey, Diageo lekko z pomysłu się wycofał. Oczywiście taki gigant branży musiał zrobić to z twarzą, co zresztą uczynił. Stwierdził otóż, że z pomysłu całkowicie nie rezygnuje, ale póki co GD będzie powstawał tak, jak do tej pory (tj. leżakując w beczkach nowych). Ogłosił też jednocześnie swoje zwycięstwo, a to dlatego, że dzięki jego posunięciu być może (jak twierdzi Guy L. Smith IV, przedstawiciel Diageo North America) skończy się dyktat jednego koncernu (tu: Brown-Forman, właściciel Jacka Danielsa), a rozpocznie się merytoryczna dyskusja na temat możliwie najlepszych standardów dla Tennessee Whiskey. 
Wydaje się, że Diageo osiągnął przede wszystkim inny cel, a mianowicie wysondował możliwości zmiany zapisów ustawy stanowej, regulującej metody produkcji Tennessee Whiskey. Jak się okazało kilka dni później, nie był to ostatni ruch Diageo w tej sprawie.
Oto w dniu 28 marca prawnicy z Diageo złożyli pozew wobec dyrektora Komisji ds. Napojów Alkoholowych Stanu Tennessee (TABC) przeciwko zapisom ustawy stanowej z 1937 roku, które mówią, iż destylaty wyprodukowane w stanie Tennessee muszą być leżakowane w tym stanie w hrabstwie, w którym powstały lub w hrabstwie jemu przyległym. Cóż to oznacza? Wydaje się, że oznacza to dalszą próbę zmiany definicji Tennessee Whiskey - tu w kwestii jej przynależności geograficznej, jako identyfikatora pochodzenia i charakterystycznego wyróżnika tej whiskey spośród wszelkich innych whiskey z USA.
Czy Diageo osiągnie swój cel (jakim by on nie był) czy też mu się to nie uda, tego nie wiadomo. W każdym razie zapowiada się dłuższy konflikt dwóch koncernów (Diageo i Brown-Forman), przy czym wydaje się, że wsparcie amerykańskiej branży będzie w tej sprawie będzie mieć wyłącznie ten drugi. Dyskusja własnie się rozpoczyna...

piątek, 28 marca 2014

BOURBONY SINGLE BARREL - CZYLI CO WARTO KUPIĆ cz.VI

"Gwoli wprowadzenia
            Po krótkiej dwumiesięcznej przerwie tematycznej chcę znów powrócić do spraw związanych z wyborem dobrej bourbon whiskey, dostępnej na polskim rynku. Wciąż rośnie nam krajowa rzesza fanów wody życia, z wyraźnym naciskiem na whisky szkockie, tak typu blended, jak i single malt. Nie da się jednak nie zauważyć, że polski rynek whisky zyskuje również, niejako przy okazji, sporą grupę miłośników wody życia rodem z Nowego Świata. Nazwa typu Straight Bourbon Whiskey przestaje straszyć swoim ukrytym znaczeniem, co więcej, zaczyna uzmysławiać kulinarnym dyletantom, że bourbon, to też whisky. Przyznam się, że i ja razu jednego do tego procesu uświadamiania nieuświadomionych postanowiłem rękę przyłożyć, co staram się czynić wciąż konsekwentnie. Jednym z przejawów tej działalności jest chociażby właśnie cykl artykułów pt. „Bourbony… czyli co warto kupić”. Na szczęście jest o czym pisać, bo i oferty tutejszych sklepów zdają się coraz śmielej nadążać za postępującym procesem uświadamiania sobie bogactwa aromatów i smaków bourbon whiskey wśród pełnoletnich obywateli naszej najjaśniejszej.
            W poprzednich pięciu odcinkach cyklu przedstawiałem ofertę bourbonów small batch. Przypomnę tylko, że small batch oznacza w tym wypadku bourbony pochodzące z wyższej i najwyższej półki ofertowej danej destylarni czy też niezależnej firmy butelkującej. Są to bourbony zestawione ze stosunkowo niewielkiej liczby najlepszych beczek, jakie producent ma do dyspozycji. To sprawia, że small batch w świecie american whiskey jawi się produktem podlegającym szczególnej trosce ze strony mistrzów kupażowania, a w konsekwencji i szczególnemu zainteresowaniu ze strony konsumentów.
            Tym razem chcę jednak przedstawić członków dość wąskiej, elitarnej grupy bourbon whiskey, reprezentowanej w znacznie mniejszej ilości, niż omawiana wcześniej grupa bourbonów small batch. Otóż w kolejnych odcinkach cyklu mowa będzie o bourbonach single barrel. Wspomnę tylko, że (wzorem poprzednich tekstów poświeconych ofercie bourbonów small batch) i tym razem moja prezentacja ograniczać się będzie jedynie do wersji regularnie występujących na rynku, z całkowitym pominięciem w związku z tym edycji specjalnych i limitowanych.
Definicja
             Poniekąd już sama nazwa sugeruje, z jakim trunkiem będziemy mieć do czynienia. Single barrel, to w końcu nic innego, jak pojedyncza beczka po prostu. Czyżby więc już koniec tajemnicy? Otóż nie, raczej dopiero początek. W tych dwóch prostych w znaczeniu wyrazach kryje się ogromna moc talentu i doświadczenia twórców american whiskey, którzy, oferując konsumentom bourbona single barrel, nie mają żadnych szans na kompensację swoich ewentualnych błędnych decyzji. Nie mogą oni zmieszać zawartości beczek w różnych, zależnych od sytuacji proporcjach tak, by utrzymać profil aromatyczno-smakowy znanego konsumentom produktu. W przypadku edycji single barrel do butelek trafia destylat wyłącznie z jednej beczki, niezmieszany z żadnym innym destylatem. Musi być to zatem destylat z absolutnie najlepszych beczek, jakie mistrz destylacji ma do dyspozycji – a to również dlatego, że bourbony single barrel stały się w międzyczasie synonimem charakteru domowego danej destylarni. Swym jestestwem odzwierciedlają one zatem kunszt, styl i wizję swoich twórców, będąc jedną z ich najważniejszych wizytówek.
            Zapraszam zatem do wędrówki po świecie single barrel bourbon whiskey, widzianym moimi skromnymi oczami z perspektywy krajowej oferty sprzedażowej.
Blanton’s
            Prawdę mówiąc nie miałem żadnego problemu z decyzją dotyczącą wyboru pierwszego bourbona single barrel, jakiego powinienem przedstawić na początku tej opowieści. To być może znany niektórym z was z charakterystycznych kształtów butelki i jedynego w swoim rodzaju korka Blanton’s – pierwsza oficjalna single barrel bourbon whiskey na świecie. Blanton’s został wykreowany w 1984 roku przez nieżyjącego już prawdziwego guru świata american whiskey - Elmera T. Lee - który pracował dla ówczesnej George T. Stagg Distillery (obecnie Buffalo Trace). Narodziny Blanton’sa stały się przełomowym momentem w historii american whiskey. Po bez mała dwóch dekadach prawdziwej depresji sprzedaż whiskey z Nowego Świata ożywiła się znacznie po pojawieniu się na horyzoncie nowej kategorii whiskey z klasy super premium.
            Blanton’s, to bourbon wyjątkowy w każdym calu. Nosi imię jednego z najbardziej zasłużonych dla rozwoju amerykańskiego whisky-biznesu ludzi – Alberta B. Blantona. Beczki do Blanton’sa pochodzą zawsze i wyłącznie z jednego magazynu leżakowego, stosunkowo niedużego magazynu H, znajdującego się na terenie destylarni Buffalo Trace. To dość niezwykły magazyn, bo (co nie jest normą) o blaszanej konstrukcji zewnętrznej, która wzmaga sobą dojrzewanie leżakowanych w nim destylatów. To właśnie ten magazyn miał być według Blantona źródłem najlepszych bourbonów......"
Ponieważ prezentację bourbonów small batch, będących w stałej ofercie producentów, skończyłem w jednym z wcześniejszych numerów Rynków Alkoholowych, postanowiłem teraz zaprezentować krajową ofertę bourbonów single barrel. Powyższy tekst, to oczywiście tylko fragment mojego najnowszego artykułu w aktualnym (marcowym) wydaniu miesięcznika Rynki Alkoholowe. Do lektury całości zapraszam na łamy owego pisma :)

sobota, 22 marca 2014

JACK DANIELS vs. GEORGE DICKEL - CZYLI... WOJNA O JOHNNIE'GO WALKERA?

Na amerykańskich forach poświęconych whiskey zawrzało, kiedy to Diageo, właściciel marki George A. Dickel Tennessee Whisky, ogłosił chęć zdeprecjonowania najnowszej definicji Tennessee Whiskey przez leżakowanie swoich Dickeli ewentualnie w beczkach używanych (nie zaś w nowych). No i coż? - Zapytałby pewnie niejeden konsument whiskey niekoniecznie z Tennessee. No i niby nic, bo cóż w tym złego, że ktoś chce tak a nie inaczej leżakować swoje destylaty. USA to wolny kraj i zabraniać tego nikomu nie można ani nie należy. Jednak po głębszym przyjrzeniu się sprawie można dostrzec drugie, bardziej mroczne dno - i o tym dnie chcę teraz Wam powiedzieć.
Po pierwsze przypomnę, że normą jest leżakowanie american whiskey w nowych, wypalanych od środka beczkach dębowych (z nielicznymi wyjątkami, jak chociażby Early Times Whisky od Brown-Forman czy corn whiskey - choć i tu nie do końca).
Po drugie (o czym już nie raz pisałem tu i gdzie indziej) w zeszłym roku Brown-Forman (właściciel Jack Daniel Distillery) przeforsował uchwalenie ustawy stanowej stanu Tennessee o prawnej regulacji definicji Tennessee Whiskey. Wg niej Tennessee Whiskey, to whiskey z gruntu rzeczy spełniająca wszelkie wymogi Bourbon Whiskey (przewaga kukurydzy w recepturze, stosowne percentaże destylatu czy wreszcie leżakowanie destylatów w nowych, wypalanych od środka beczkach dębowych) z zastrzeżeniem, że whiskey taka musi przejść przed leżakowaniem proces chercoal mellowing (przefiltrowanie destylatu przez grubą warstwę węgla drzewnego) oraz musi leżakować na terenie stanu Tennessee. W tym sensie ustawa nie zabrania odstępstw od wspomnianych reguł, a jedynie nie pozwala whiskey nazwać Tennessee Whiskey, jeśli tych reguł nie spełnia. Przypomnę, że to tylko (lub aż) prawo stanowe, nie zaś federalne, wobec tego oficjalnie gatunek Tennessee Whiskey w zasadzie wciąż nie istnieje. Tego typu prawem i pozwoleniami na stosowne nazewnictwo produktów alkoholowych, wyprodukowanych na terenie USA zarządza odpowiedni departament w Waszyngtonie, zwany skrótowo TTB. Na liście TTB, dotyczącej wyrobów spirytusowych, Tennessee Whiskey zatem wciąż nie widnieje.
Czym zatem kierował się Brown-Forman lobbując ustawę stanową? Jak twierdzi, ochroną dobrego imienia Tennesse Whiskey i jej prestiżu na światowych rynkach oraz troską o jej niezmienną wysoką jakość.
Na temat Tennessee Whiskey, jako gatunku american whiskey, już nieraz pisałem, przedstawiając na ten temat swoje skromne stanowisko. Przypomnę więc tu tylko, że dla mnie Tennessee Whiskey, to nie gatunek whiskey, a po prostu kolejna odsłona Bourbon Whiskey, którą w tym wypadku filtruje się przez nieco grubszą (niż zwykle) warstwę węgla drzewnego.
Wracając do pomysłu Diageo w kwestii używania do produkcji swojej George A. Dickel Tennessee Whisky. Jak broni się Diageo wobec zarzutu ataku na dobre imię produktu Brown-Forman (czyli Jacka Danielsa), jest to jedynie zachęta do innowacyjności i otwartości w kwestii produkcji Tennessee Whisky, jak również odpowiedź wobec monopolistycznego i apodyktycznego działania B-F na rynku Tennessee Whisky.
Hm, a od kiedy to Diageo dba o innowacyjność i otwartość produkcji american whiskey w ogóle. Jak czyta się takie słowa, wypadające z ust przedstawicieli molocha, który w swej historii działalności na amerykańskim rynku wsławił się głównie z uśmiercania dobrych marek i destylarni bourbona, to śmiech ciśnie się przez łzy. Na szczęście nie ściska mi gardła, więc powiem jeszcze co nieco:
Po pierwsze, może dziwić fakt, iż Diageo ewentualnie zacznie używać swoich beczek po whisky GD do leżakowania whisky GD - a to dlatego, że póki co Diageo panuje głównie na rynku whisky szkockiej. Rynek ten oparty jest na leżakowaniu destylatów właśnie w beczkach używanych i to w 95% po bourbonie (i innych american whiskey). W obliczu ogromnego i rosnącego wciąż popytu na whisky na świecie beczka używana jest towarem na wagę złota. Czyżby więc Diageo chciał świadomie ukrócić sobie dostęp do dobrego źródła beczek, jakim jest GD?
Po drugie, planowany zabieg Diageo uderzy prawdopodobnie w to, o co obawia się B-F - w reputację Tennessee Whiskey, a zatem przede wszystkim w reputację i wizerunek whiskey JD (w końcu dziś na jedną beczkę GD przypada 100 beczek JD, więc jeśli ktoś na świecie mówi o Tennessee Whiskey, ma na myśli JD).
Czas więc odkryć prawdziwą intencję Diageo. Nie chodzi otóż o innowacyjność, nie chodzi o otwarcie na nowe pomysły, nie chodzi nawet o beczki (czy będzie ich trochę mniej czy więcej). Nie chodzi nawet o to, co stanie się z american whiskey należącymi do Diageo, takimi, jak George Dickel czy nawet Bulleit. Chodzi tak naprawdę o... szkockiego blenda Johnnie'go Walkera (JW). Od lat Johnnie Walker (JW) króluje na liście najlepiej rozpoznawanych i najlepiej sprzedających się whisky na świecie. Jeśli statystyczny konsument mówi o whisky, ma na myśli poczciwego Jasia Wędrowniczka. JW jest synonimem, jeśli nie jakości whisky, to przede wszystkim whisky jako takiej. Jednak coraz śmielej rośnie mu konkurencja w postaci Jacka Danielsa i (o dziwo) kilku marek whiskey indyjskiej. Diageo temu zjawisku biernie przyglądać się nie może, szczególnie w obliczu ogromnych rynków w Indiach i Chinach.
Jeśli przyjmiemy, że przynajmniej 1/3 ludności Ziemi mieszka właśnie w tych krajach (a może nawet więcej), to wreszcie zacznie jawić się prawdziwy problem i prawdziwa intencja Diageo, który gotów jest zarżnąć (przepraszam za wyrażenie) nawet swoje marki american whisky, jak Bulleit i George Dickel, by tylko ratować Johnnie'go Walkera. Jeśli jeszcze ktoś ma wątpliwości, to już tłumaczę, czemu właśnie tak.
Indie już zaczynają wchłaniać na swój teren kult spożywania i kolekcjonowania whisky, Chiny czają się tuż za rogiem. Oba te rynki na tle innych na świecie cechują się dwiema bezcennymi właściwościami - są ogromne i dziewicze!!!
W tych krajach początkujący amator whisky nie ma pojęcia, czym różni się JW od JD. Zresztą nie dotyczy to zjawisko tylko tych krajów. Sam niedawno u nas rozmawiałem z (jak mnie owego rozmówcę przedstawiono) wielbicielem whisky. Napaliłem się na ciekawą rozmowę, która sprowadziła się do omówienia cen i wielkości butelek whisky JW i JD. Próbowałem nawet przekierować dyskusję na aspekty różnic w produkcji czy palecie tych whisky, ale nijak nie mogłem przeforsować tego kierunku rozmowy. JW i JD stanowiły dla mojego rozmówcy po prostu dwie whisky, które pija na zmianę. No to czego tu oczekiwać po dziewiczych wręcz rynkach w Indiach (choć tu mniej) i głównie w Chinach. Statystyczny chiński amator whisky, który będzie wchodził w ten magiczny świat, przede wszystkim zapyta o whisky numer jeden. I co usłyszy w odpowiedzi - Johnny Walker czy Jack Daniels? I o to właśnie chodzi. Wszystko wskazuje na to, że usłyszy inicjały JD. A to może zmienić oblicze sprzedaży whisky na świecie, i to na korzyść american whiskey (w tym whiskey JD). Tego do wiadomości Diageo przyjąć spokojnie nie mogło. Postanowiło więc, pod przykrywką innowacyjności i innych szczytnych bajeczek, za wszelką cenę zdeprecjonować markę JD. A ponieważ JD jest synonimem Tennessee Whiskey (i to nie bez powodu), więc postanowiło uderzyć nie bezpośrednio w JD, ale pośrednio w Tennessee Whiskey (czyli i tak w JD). I to nawet za cenę zniszczenia reputacji marki George Dickel (i może Bulleita) - wszystko dla ratowania Johnnie'ego Walkera.
Zobaczymy, czy zabiegi Diageo przyniosą spodziewany efekt, czy będą mieć w ogóle jakieś krótko- i długofalowe skutki dla Tennessee Whiskey i american whiskey w ogóle. Zobaczymy...
Póki co obiecuję nie odpuszczać tego tematu. Jestem ciekaw, co Wy myślicie na ten temat...

piątek, 21 marca 2014

POTOMEK ELIJAHA CRAIGA WSKRZESZA LEGENDARNĄ OLD CROW DISTILLERY

Postać Elijaha Craiga, to postać człowieka wielkiego i kontrowersyjnego zarazem. Elijah Craig był XIX-wiecznym pastorem babtystów, który obok żarliwej (być może) modlitwy równie żarliwie pędził bimber. Wiele źródeł, choć jak się okazuje zupełnie niesłusznie, okrzyknęło Elijaha Craiga "ojcem bourbona". Dziś już wiemy, że owym ojcem nasz destylujący księżycówkę babtysta nie był. Nie wiemy nawet czy na pewno, to, co destylował, było trunkiem przypominającym bourbona ( w tej postaci, w jakiej znamy go dziś). W każdym razie imię i nazwisko pastora, mającego często przez swój proceder destylacyjny kłopoty z prawem, postanowiła wykorzystać destylarnia Heaven Hill i stworzyła markę znakomitej bourbon whiskey o nazwie... Elijah Craig.
W Polsce dość łatwo dostępna jest wersja Elijah Craig 12YO. To naprawdę znakomita whiskey w znakomitej cenie. Gorąco ją polecam wszystkim tym, którzy uważają bourbona za taki sobie słodki trunek nieprzystający do szkockiej... Drugą (i drogą) wersją EC jest Elijah Craig Single Barrel. Do niedawna królowała tu wersja 18YO, ale producent wycofał ją zupełnie z rynku, zastępując dorocznymi edycjami limitowanymi 20YO, 21YO.
Jak podają amerykańskie gazety, potomek słynnego Elijaha Craiga, niejaki Neil Craig postanowił wrócić do rodzinnej tradycji destylowania alkoholu. W tym celu N. Craig kupił od Heart Pine LLC starą, zamkniętą w 1987 roku Old Crow Distillery. Destylarnia Old Croww ostatnich latach swojej egzystencji należała do National Distillers. Niestety Fortune Brands (obecnie Beam Inc.) przejął National Distillers w 1987 roku i zacną destylarnię Old Crow zamknął. W użyciu były jeszcze jakiś czas magazyny leżakowe, ale i to któregoś dnia się skończyło. Następnie w 2007 roku destylarnię przejął wspomniany wyżej Heart Pine LLC i dokończył prawie że dzieła zniszczenia, na szczęście prawie... 
W grudnie zeszłego roku Neil Craig wraz ze swoim wspólnikiem nabyli to, co zostało z Old Crow Distillery i postanowili otworzyć nową mikrodestylarnię dokładnie w starej butelkowni.
Panowie planują destylować w niej bourbon whiskey, rye whiskey, moonshine whiskey oraz rum. Wielkość produkcji ma osiągnąć początkowo 60 galonów gotowego produktu dziennie. Nowa destylarnia ma już swój gift shop i, jak mówi Craig, planuje dołączyć do programu Kentucky Bourbon Trail.

piątek, 14 marca 2014

CAMPARI KUPUJE FORTY CREEK DISTILLERY

Blog ten poświęcony jest wszystkiemu, co związane jest głównie z bourbon whiskey, choć również i z innymi gatunkami american whiskey (tu: whiskey z USA). Można by więc zadać pytanie, skąd na blogu wpis, który w tytule ma włoski koncern oraz kanadyjską spółkę. Skąd? Ano już się tłumaczę. 
Jak by na to nie patrzeć, Kanada jednak amerykańska jest, no bo i na kontynencie amerykańskim leży (Ameryka Północna), a i interesy rozległe w kwestii whisky z USA prowadzi (choć największe interesy alkoholowe zbijała w czasach prohibicji, przemycając ogromne ilości nielegalnego trunku do spragnionych pobratymców z południa, finansowe kokosy na tym zbijając). 
Co do Włochów z Gruppo Campari, to zasłynęli oni na łamach moich przeróżnych tekstów, jako nabywcy ikonicznej destylarni bourbona - Wild Turkey - w 2009 roku, kupując ją od Pernod-Ricard.
Jak się właśnie dowiedziałem, Campari podpisała niedawno list intencyjny w kwestii zakupu spółki Forty Creek Distillery - producenta Canadian Whisky, w tym znanej na całym świecie marki Forty Creek właśnie - za sumę 185,6 mln $. Widać zatem, że Campari, kupując Wild Turkey 5 lat temu, realizowała zaledwie jeden z punktów swojej ekspansji na rynku whisk(e)y z Ameryki. Zgodnie z zapisami umowy sprzedaży założyciel spółki John Hall będzie w Forty Creek Distillery pełnił obowiązki szefa.
Wszyscy ci, co nie nazbyt kojarzycie takie marki Canadian Whisky, jak Forty Creek Whisky, Prince Igor Vodka czy Canada Gold Whisky, kliknijcie tutaj.

czwartek, 27 lutego 2014

WILD TURKEY TRIBUTE 15YO

W 2004 roku przypadał jubileusz 50-lecia pracy w destylarni jednego z najsłynniejszych mistrzów destylacji amerykańskiego (i światowego) whiskey-biznesu – Jamesa „Jimmy’ego” Russella. Z tej okazji ówczesny właściciel destylarni Pernod-Ricard postanowił uczcić starego mistrza wypuszczeniem na rynek specjalnej limitowanej edycji swojej Wild Turkey bourbon whiskey. Tak oto zrodziła się pierwsza edycja (jak się później okazało) z ekskluzywnej i rzadkiej serii „Master Distiller Selection” – Wild Turkey Tribute 15YO. Później powstały kolejne: WT Master Distiller Selection 14YO, WT American Spirit 15YO oraz WT Tradition 14YO.
W sumie powstały dwie wersje Wild Turkey Tribute 15YO – amerykańska z zawartością alkoholu 101 proof i w ilości 5.500 butelek oraz wersja japońska z zawartością alkoholu 110 proof i w ilości 9.000 butelek. Opisywana tu butelka (której właśnie stałem się posiadaczem) jest wersją japońską i ma zawartość alkoholu na poziomie właśnie 110 proof (55%), co w tym wypadku oznacza, że jest to zawartość alkoholu równe tej, którą miał destylat w momencie zabeczkowania (tzw. entry proof lub original proof). To zaś oznacza, że do końcowego trunku dolano wręcz symboliczną ilość wody. Taka (a nie inna) zawartość alkoholu i 15 lat spędzonych w beczce sprawiają, że mamy do czynienia z niezwykle dojrzałym bourbonem, elegancko mieszającym ze sobą akcenty słodyczy karmelowo-waniliowej z wytrawnością dębu i skóry. Wszystko to na podłożu ekstremalnie esencjonalnej bourbon whiskey, jaką jest Wild Turkey starego Jimmy’ego, obdarzoną długim, wytrawnym finiszem. Jeśli nadarzy się okazja, by tę wyjątkową whiskey kupić, nie należy się długo zastanawiać. To nie tylko znakomity trunek, ale też znakomita inwestycja na przyszłość, posiadająca znaczny potencjał wzrostu swojej wartości.
Japan Version
US Version