piątek, 28 marca 2014

BOURBONY SINGLE BARREL - CZYLI CO WARTO KUPIĆ cz.VI

"Gwoli wprowadzenia
            Po krótkiej dwumiesięcznej przerwie tematycznej chcę znów powrócić do spraw związanych z wyborem dobrej bourbon whiskey, dostępnej na polskim rynku. Wciąż rośnie nam krajowa rzesza fanów wody życia, z wyraźnym naciskiem na whisky szkockie, tak typu blended, jak i single malt. Nie da się jednak nie zauważyć, że polski rynek whisky zyskuje również, niejako przy okazji, sporą grupę miłośników wody życia rodem z Nowego Świata. Nazwa typu Straight Bourbon Whiskey przestaje straszyć swoim ukrytym znaczeniem, co więcej, zaczyna uzmysławiać kulinarnym dyletantom, że bourbon, to też whisky. Przyznam się, że i ja razu jednego do tego procesu uświadamiania nieuświadomionych postanowiłem rękę przyłożyć, co staram się czynić wciąż konsekwentnie. Jednym z przejawów tej działalności jest chociażby właśnie cykl artykułów pt. „Bourbony… czyli co warto kupić”. Na szczęście jest o czym pisać, bo i oferty tutejszych sklepów zdają się coraz śmielej nadążać za postępującym procesem uświadamiania sobie bogactwa aromatów i smaków bourbon whiskey wśród pełnoletnich obywateli naszej najjaśniejszej.
            W poprzednich pięciu odcinkach cyklu przedstawiałem ofertę bourbonów small batch. Przypomnę tylko, że small batch oznacza w tym wypadku bourbony pochodzące z wyższej i najwyższej półki ofertowej danej destylarni czy też niezależnej firmy butelkującej. Są to bourbony zestawione ze stosunkowo niewielkiej liczby najlepszych beczek, jakie producent ma do dyspozycji. To sprawia, że small batch w świecie american whiskey jawi się produktem podlegającym szczególnej trosce ze strony mistrzów kupażowania, a w konsekwencji i szczególnemu zainteresowaniu ze strony konsumentów.
            Tym razem chcę jednak przedstawić członków dość wąskiej, elitarnej grupy bourbon whiskey, reprezentowanej w znacznie mniejszej ilości, niż omawiana wcześniej grupa bourbonów small batch. Otóż w kolejnych odcinkach cyklu mowa będzie o bourbonach single barrel. Wspomnę tylko, że (wzorem poprzednich tekstów poświeconych ofercie bourbonów small batch) i tym razem moja prezentacja ograniczać się będzie jedynie do wersji regularnie występujących na rynku, z całkowitym pominięciem w związku z tym edycji specjalnych i limitowanych.
Definicja
             Poniekąd już sama nazwa sugeruje, z jakim trunkiem będziemy mieć do czynienia. Single barrel, to w końcu nic innego, jak pojedyncza beczka po prostu. Czyżby więc już koniec tajemnicy? Otóż nie, raczej dopiero początek. W tych dwóch prostych w znaczeniu wyrazach kryje się ogromna moc talentu i doświadczenia twórców american whiskey, którzy, oferując konsumentom bourbona single barrel, nie mają żadnych szans na kompensację swoich ewentualnych błędnych decyzji. Nie mogą oni zmieszać zawartości beczek w różnych, zależnych od sytuacji proporcjach tak, by utrzymać profil aromatyczno-smakowy znanego konsumentom produktu. W przypadku edycji single barrel do butelek trafia destylat wyłącznie z jednej beczki, niezmieszany z żadnym innym destylatem. Musi być to zatem destylat z absolutnie najlepszych beczek, jakie mistrz destylacji ma do dyspozycji – a to również dlatego, że bourbony single barrel stały się w międzyczasie synonimem charakteru domowego danej destylarni. Swym jestestwem odzwierciedlają one zatem kunszt, styl i wizję swoich twórców, będąc jedną z ich najważniejszych wizytówek.
            Zapraszam zatem do wędrówki po świecie single barrel bourbon whiskey, widzianym moimi skromnymi oczami z perspektywy krajowej oferty sprzedażowej.
Blanton’s
            Prawdę mówiąc nie miałem żadnego problemu z decyzją dotyczącą wyboru pierwszego bourbona single barrel, jakiego powinienem przedstawić na początku tej opowieści. To być może znany niektórym z was z charakterystycznych kształtów butelki i jedynego w swoim rodzaju korka Blanton’s – pierwsza oficjalna single barrel bourbon whiskey na świecie. Blanton’s został wykreowany w 1984 roku przez nieżyjącego już prawdziwego guru świata american whiskey - Elmera T. Lee - który pracował dla ówczesnej George T. Stagg Distillery (obecnie Buffalo Trace). Narodziny Blanton’sa stały się przełomowym momentem w historii american whiskey. Po bez mała dwóch dekadach prawdziwej depresji sprzedaż whiskey z Nowego Świata ożywiła się znacznie po pojawieniu się na horyzoncie nowej kategorii whiskey z klasy super premium.
            Blanton’s, to bourbon wyjątkowy w każdym calu. Nosi imię jednego z najbardziej zasłużonych dla rozwoju amerykańskiego whisky-biznesu ludzi – Alberta B. Blantona. Beczki do Blanton’sa pochodzą zawsze i wyłącznie z jednego magazynu leżakowego, stosunkowo niedużego magazynu H, znajdującego się na terenie destylarni Buffalo Trace. To dość niezwykły magazyn, bo (co nie jest normą) o blaszanej konstrukcji zewnętrznej, która wzmaga sobą dojrzewanie leżakowanych w nim destylatów. To właśnie ten magazyn miał być według Blantona źródłem najlepszych bourbonów......"
Ponieważ prezentację bourbonów small batch, będących w stałej ofercie producentów, skończyłem w jednym z wcześniejszych numerów Rynków Alkoholowych, postanowiłem teraz zaprezentować krajową ofertę bourbonów single barrel. Powyższy tekst, to oczywiście tylko fragment mojego najnowszego artykułu w aktualnym (marcowym) wydaniu miesięcznika Rynki Alkoholowe. Do lektury całości zapraszam na łamy owego pisma :)

sobota, 22 marca 2014

JACK DANIELS vs. GEORGE DICKEL - CZYLI... WOJNA O JOHNNIE'GO WALKERA?

Na amerykańskich forach poświęconych whiskey zawrzało, kiedy to Diageo, właściciel marki George A. Dickel Tennessee Whisky, ogłosił chęć zdeprecjonowania najnowszej definicji Tennessee Whiskey przez leżakowanie swoich Dickeli ewentualnie w beczkach używanych (nie zaś w nowych). No i coż? - Zapytałby pewnie niejeden konsument whiskey niekoniecznie z Tennessee. No i niby nic, bo cóż w tym złego, że ktoś chce tak a nie inaczej leżakować swoje destylaty. USA to wolny kraj i zabraniać tego nikomu nie można ani nie należy. Jednak po głębszym przyjrzeniu się sprawie można dostrzec drugie, bardziej mroczne dno - i o tym dnie chcę teraz Wam powiedzieć.
Po pierwsze przypomnę, że normą jest leżakowanie american whiskey w nowych, wypalanych od środka beczkach dębowych (z nielicznymi wyjątkami, jak chociażby Early Times Whisky od Brown-Forman czy corn whiskey - choć i tu nie do końca).
Po drugie (o czym już nie raz pisałem tu i gdzie indziej) w zeszłym roku Brown-Forman (właściciel Jack Daniel Distillery) przeforsował uchwalenie ustawy stanowej stanu Tennessee o prawnej regulacji definicji Tennessee Whiskey. Wg niej Tennessee Whiskey, to whiskey z gruntu rzeczy spełniająca wszelkie wymogi Bourbon Whiskey (przewaga kukurydzy w recepturze, stosowne percentaże destylatu czy wreszcie leżakowanie destylatów w nowych, wypalanych od środka beczkach dębowych) z zastrzeżeniem, że whiskey taka musi przejść przed leżakowaniem proces chercoal mellowing (przefiltrowanie destylatu przez grubą warstwę węgla drzewnego) oraz musi leżakować na terenie stanu Tennessee. W tym sensie ustawa nie zabrania odstępstw od wspomnianych reguł, a jedynie nie pozwala whiskey nazwać Tennessee Whiskey, jeśli tych reguł nie spełnia. Przypomnę, że to tylko (lub aż) prawo stanowe, nie zaś federalne, wobec tego oficjalnie gatunek Tennessee Whiskey w zasadzie wciąż nie istnieje. Tego typu prawem i pozwoleniami na stosowne nazewnictwo produktów alkoholowych, wyprodukowanych na terenie USA zarządza odpowiedni departament w Waszyngtonie, zwany skrótowo TTB. Na liście TTB, dotyczącej wyrobów spirytusowych, Tennessee Whiskey zatem wciąż nie widnieje.
Czym zatem kierował się Brown-Forman lobbując ustawę stanową? Jak twierdzi, ochroną dobrego imienia Tennesse Whiskey i jej prestiżu na światowych rynkach oraz troską o jej niezmienną wysoką jakość.
Na temat Tennessee Whiskey, jako gatunku american whiskey, już nieraz pisałem, przedstawiając na ten temat swoje skromne stanowisko. Przypomnę więc tu tylko, że dla mnie Tennessee Whiskey, to nie gatunek whiskey, a po prostu kolejna odsłona Bourbon Whiskey, którą w tym wypadku filtruje się przez nieco grubszą (niż zwykle) warstwę węgla drzewnego.
Wracając do pomysłu Diageo w kwestii używania do produkcji swojej George A. Dickel Tennessee Whisky. Jak broni się Diageo wobec zarzutu ataku na dobre imię produktu Brown-Forman (czyli Jacka Danielsa), jest to jedynie zachęta do innowacyjności i otwartości w kwestii produkcji Tennessee Whisky, jak również odpowiedź wobec monopolistycznego i apodyktycznego działania B-F na rynku Tennessee Whisky.
Hm, a od kiedy to Diageo dba o innowacyjność i otwartość produkcji american whiskey w ogóle. Jak czyta się takie słowa, wypadające z ust przedstawicieli molocha, który w swej historii działalności na amerykańskim rynku wsławił się głównie z uśmiercania dobrych marek i destylarni bourbona, to śmiech ciśnie się przez łzy. Na szczęście nie ściska mi gardła, więc powiem jeszcze co nieco:
Po pierwsze, może dziwić fakt, iż Diageo ewentualnie zacznie używać swoich beczek po whisky GD do leżakowania whisky GD - a to dlatego, że póki co Diageo panuje głównie na rynku whisky szkockiej. Rynek ten oparty jest na leżakowaniu destylatów właśnie w beczkach używanych i to w 95% po bourbonie (i innych american whiskey). W obliczu ogromnego i rosnącego wciąż popytu na whisky na świecie beczka używana jest towarem na wagę złota. Czyżby więc Diageo chciał świadomie ukrócić sobie dostęp do dobrego źródła beczek, jakim jest GD?
Po drugie, planowany zabieg Diageo uderzy prawdopodobnie w to, o co obawia się B-F - w reputację Tennessee Whiskey, a zatem przede wszystkim w reputację i wizerunek whiskey JD (w końcu dziś na jedną beczkę GD przypada 100 beczek JD, więc jeśli ktoś na świecie mówi o Tennessee Whiskey, ma na myśli JD).
Czas więc odkryć prawdziwą intencję Diageo. Nie chodzi otóż o innowacyjność, nie chodzi o otwarcie na nowe pomysły, nie chodzi nawet o beczki (czy będzie ich trochę mniej czy więcej). Nie chodzi nawet o to, co stanie się z american whiskey należącymi do Diageo, takimi, jak George Dickel czy nawet Bulleit. Chodzi tak naprawdę o... szkockiego blenda Johnnie'go Walkera (JW). Od lat Johnnie Walker (JW) króluje na liście najlepiej rozpoznawanych i najlepiej sprzedających się whisky na świecie. Jeśli statystyczny konsument mówi o whisky, ma na myśli poczciwego Jasia Wędrowniczka. JW jest synonimem, jeśli nie jakości whisky, to przede wszystkim whisky jako takiej. Jednak coraz śmielej rośnie mu konkurencja w postaci Jacka Danielsa i (o dziwo) kilku marek whiskey indyjskiej. Diageo temu zjawisku biernie przyglądać się nie może, szczególnie w obliczu ogromnych rynków w Indiach i Chinach.
Jeśli przyjmiemy, że przynajmniej 1/3 ludności Ziemi mieszka właśnie w tych krajach (a może nawet więcej), to wreszcie zacznie jawić się prawdziwy problem i prawdziwa intencja Diageo, który gotów jest zarżnąć (przepraszam za wyrażenie) nawet swoje marki american whisky, jak Bulleit i George Dickel, by tylko ratować Johnnie'go Walkera. Jeśli jeszcze ktoś ma wątpliwości, to już tłumaczę, czemu właśnie tak.
Indie już zaczynają wchłaniać na swój teren kult spożywania i kolekcjonowania whisky, Chiny czają się tuż za rogiem. Oba te rynki na tle innych na świecie cechują się dwiema bezcennymi właściwościami - są ogromne i dziewicze!!!
W tych krajach początkujący amator whisky nie ma pojęcia, czym różni się JW od JD. Zresztą nie dotyczy to zjawisko tylko tych krajów. Sam niedawno u nas rozmawiałem z (jak mnie owego rozmówcę przedstawiono) wielbicielem whisky. Napaliłem się na ciekawą rozmowę, która sprowadziła się do omówienia cen i wielkości butelek whisky JW i JD. Próbowałem nawet przekierować dyskusję na aspekty różnic w produkcji czy palecie tych whisky, ale nijak nie mogłem przeforsować tego kierunku rozmowy. JW i JD stanowiły dla mojego rozmówcy po prostu dwie whisky, które pija na zmianę. No to czego tu oczekiwać po dziewiczych wręcz rynkach w Indiach (choć tu mniej) i głównie w Chinach. Statystyczny chiński amator whisky, który będzie wchodził w ten magiczny świat, przede wszystkim zapyta o whisky numer jeden. I co usłyszy w odpowiedzi - Johnny Walker czy Jack Daniels? I o to właśnie chodzi. Wszystko wskazuje na to, że usłyszy inicjały JD. A to może zmienić oblicze sprzedaży whisky na świecie, i to na korzyść american whiskey (w tym whiskey JD). Tego do wiadomości Diageo przyjąć spokojnie nie mogło. Postanowiło więc, pod przykrywką innowacyjności i innych szczytnych bajeczek, za wszelką cenę zdeprecjonować markę JD. A ponieważ JD jest synonimem Tennessee Whiskey (i to nie bez powodu), więc postanowiło uderzyć nie bezpośrednio w JD, ale pośrednio w Tennessee Whiskey (czyli i tak w JD). I to nawet za cenę zniszczenia reputacji marki George Dickel (i może Bulleita) - wszystko dla ratowania Johnnie'ego Walkera.
Zobaczymy, czy zabiegi Diageo przyniosą spodziewany efekt, czy będą mieć w ogóle jakieś krótko- i długofalowe skutki dla Tennessee Whiskey i american whiskey w ogóle. Zobaczymy...
Póki co obiecuję nie odpuszczać tego tematu. Jestem ciekaw, co Wy myślicie na ten temat...

piątek, 21 marca 2014

POTOMEK ELIJAHA CRAIGA WSKRZESZA LEGENDARNĄ OLD CROW DISTILLERY

Postać Elijaha Craiga, to postać człowieka wielkiego i kontrowersyjnego zarazem. Elijah Craig był XIX-wiecznym pastorem babtystów, który obok żarliwej (być może) modlitwy równie żarliwie pędził bimber. Wiele źródeł, choć jak się okazuje zupełnie niesłusznie, okrzyknęło Elijaha Craiga "ojcem bourbona". Dziś już wiemy, że owym ojcem nasz destylujący księżycówkę babtysta nie był. Nie wiemy nawet czy na pewno, to, co destylował, było trunkiem przypominającym bourbona ( w tej postaci, w jakiej znamy go dziś). W każdym razie imię i nazwisko pastora, mającego często przez swój proceder destylacyjny kłopoty z prawem, postanowiła wykorzystać destylarnia Heaven Hill i stworzyła markę znakomitej bourbon whiskey o nazwie... Elijah Craig.
W Polsce dość łatwo dostępna jest wersja Elijah Craig 12YO. To naprawdę znakomita whiskey w znakomitej cenie. Gorąco ją polecam wszystkim tym, którzy uważają bourbona za taki sobie słodki trunek nieprzystający do szkockiej... Drugą (i drogą) wersją EC jest Elijah Craig Single Barrel. Do niedawna królowała tu wersja 18YO, ale producent wycofał ją zupełnie z rynku, zastępując dorocznymi edycjami limitowanymi 20YO, 21YO.
Jak podają amerykańskie gazety, potomek słynnego Elijaha Craiga, niejaki Neil Craig postanowił wrócić do rodzinnej tradycji destylowania alkoholu. W tym celu N. Craig kupił od Heart Pine LLC starą, zamkniętą w 1987 roku Old Crow Distillery. Destylarnia Old Croww ostatnich latach swojej egzystencji należała do National Distillers. Niestety Fortune Brands (obecnie Beam Inc.) przejął National Distillers w 1987 roku i zacną destylarnię Old Crow zamknął. W użyciu były jeszcze jakiś czas magazyny leżakowe, ale i to któregoś dnia się skończyło. Następnie w 2007 roku destylarnię przejął wspomniany wyżej Heart Pine LLC i dokończył prawie że dzieła zniszczenia, na szczęście prawie... 
W grudnie zeszłego roku Neil Craig wraz ze swoim wspólnikiem nabyli to, co zostało z Old Crow Distillery i postanowili otworzyć nową mikrodestylarnię dokładnie w starej butelkowni.
Panowie planują destylować w niej bourbon whiskey, rye whiskey, moonshine whiskey oraz rum. Wielkość produkcji ma osiągnąć początkowo 60 galonów gotowego produktu dziennie. Nowa destylarnia ma już swój gift shop i, jak mówi Craig, planuje dołączyć do programu Kentucky Bourbon Trail.

piątek, 14 marca 2014

CAMPARI KUPUJE FORTY CREEK DISTILLERY

Blog ten poświęcony jest wszystkiemu, co związane jest głównie z bourbon whiskey, choć również i z innymi gatunkami american whiskey (tu: whiskey z USA). Można by więc zadać pytanie, skąd na blogu wpis, który w tytule ma włoski koncern oraz kanadyjską spółkę. Skąd? Ano już się tłumaczę. 
Jak by na to nie patrzeć, Kanada jednak amerykańska jest, no bo i na kontynencie amerykańskim leży (Ameryka Północna), a i interesy rozległe w kwestii whisky z USA prowadzi (choć największe interesy alkoholowe zbijała w czasach prohibicji, przemycając ogromne ilości nielegalnego trunku do spragnionych pobratymców z południa, finansowe kokosy na tym zbijając). 
Co do Włochów z Gruppo Campari, to zasłynęli oni na łamach moich przeróżnych tekstów, jako nabywcy ikonicznej destylarni bourbona - Wild Turkey - w 2009 roku, kupując ją od Pernod-Ricard.
Jak się właśnie dowiedziałem, Campari podpisała niedawno list intencyjny w kwestii zakupu spółki Forty Creek Distillery - producenta Canadian Whisky, w tym znanej na całym świecie marki Forty Creek właśnie - za sumę 185,6 mln $. Widać zatem, że Campari, kupując Wild Turkey 5 lat temu, realizowała zaledwie jeden z punktów swojej ekspansji na rynku whisk(e)y z Ameryki. Zgodnie z zapisami umowy sprzedaży założyciel spółki John Hall będzie w Forty Creek Distillery pełnił obowiązki szefa.
Wszyscy ci, co nie nazbyt kojarzycie takie marki Canadian Whisky, jak Forty Creek Whisky, Prince Igor Vodka czy Canada Gold Whisky, kliknijcie tutaj.

czwartek, 27 lutego 2014

WILD TURKEY TRIBUTE 15YO

W 2004 roku przypadał jubileusz 50-lecia pracy w destylarni jednego z najsłynniejszych mistrzów destylacji amerykańskiego (i światowego) whiskey-biznesu – Jamesa „Jimmy’ego” Russella. Z tej okazji ówczesny właściciel destylarni Pernod-Ricard postanowił uczcić starego mistrza wypuszczeniem na rynek specjalnej limitowanej edycji swojej Wild Turkey bourbon whiskey. Tak oto zrodziła się pierwsza edycja (jak się później okazało) z ekskluzywnej i rzadkiej serii „Master Distiller Selection” – Wild Turkey Tribute 15YO. Później powstały kolejne: WT Master Distiller Selection 14YO, WT American Spirit 15YO oraz WT Tradition 14YO.
W sumie powstały dwie wersje Wild Turkey Tribute 15YO – amerykańska z zawartością alkoholu 101 proof i w ilości 5.500 butelek oraz wersja japońska z zawartością alkoholu 110 proof i w ilości 9.000 butelek. Opisywana tu butelka (której właśnie stałem się posiadaczem) jest wersją japońską i ma zawartość alkoholu na poziomie właśnie 110 proof (55%), co w tym wypadku oznacza, że jest to zawartość alkoholu równe tej, którą miał destylat w momencie zabeczkowania (tzw. entry proof lub original proof). To zaś oznacza, że do końcowego trunku dolano wręcz symboliczną ilość wody. Taka (a nie inna) zawartość alkoholu i 15 lat spędzonych w beczce sprawiają, że mamy do czynienia z niezwykle dojrzałym bourbonem, elegancko mieszającym ze sobą akcenty słodyczy karmelowo-waniliowej z wytrawnością dębu i skóry. Wszystko to na podłożu ekstremalnie esencjonalnej bourbon whiskey, jaką jest Wild Turkey starego Jimmy’ego, obdarzoną długim, wytrawnym finiszem. Jeśli nadarzy się okazja, by tę wyjątkową whiskey kupić, nie należy się długo zastanawiać. To nie tylko znakomity trunek, ale też znakomita inwestycja na przyszłość, posiadająca znaczny potencjał wzrostu swojej wartości.
Japan Version
US Version

środa, 26 lutego 2014

RENESANS WHISKY Z CAMPBELTOWN?

            "W świecie szkockiej whisky single malt znawcy tematu wyróżniają pewien niewielki obszarowo region, któremu należą się słowa uznania, choćby za zdolność przetrwania - szczególnie czasów, kiedy to jedynie koniuszki palców odpowiadały za kurczowe trzymanie się przy powierzchni rynkowej wydolności. Mowa o Campbeltown, któremu wciąż nie można odmówić wizerunku regionu produkcji whisky obdarzonego swoją własną, niezmienioną od lat tożsamością. Campbeltown, to miasto zamieszkiwane przez twórców wody życia, którzy wzloty i upadki destylarnianych fortun widzieli bez mała równie często, co prądy wody, zasilające znajdujące się na półwyspie Kintyre jezioro o znajomo brzmiącej nazwie Campbeltown. Szczerze mówiąc, przez większy okres minionego wieku, można tam było zanotować więcej upadków niż wzlotów. Jednak destylatorzy z Campbeltown nie powiedzieli jeszcze swojego ostatniego słowa.
Zmienność losu
            Mimo tego, że dziś w Campbeltown czynne są zaledwie trzy destylarnie, destylacja whisky miała tu miejsce w aż 35 rozmieszczonych okolicznie manufakturach. O jednej z nich pierwsze pisemne wzmianki wspominały już w roku 1591. Historycznie półwysep Kintyre cieszył się wątpliwą sławą regionu, w którym intensywnie uprawiano nielegalną destylację. Oczywiście i tu w końcu obowiązek legalizacji działalności destylacyjnej wszedł śmiało w życie. Sprzyjało temu zjawisko rozrastania się miejskiego krajobrazu industrialnego chłonącego whisky, jak gąbka. Mam tu na myśli szczególnie zachodnią część Szkocji, gdzie rynek jawił się gotowym na przyjęcie whisky z Campbeltown, szczególnie w obliczu skracającego dystans transportu morskiego.
            W 1885 roku pisarz Alfred Barnard, pracując nad swoją książką „Whisky Distilleries of the United Kingdom”, przybył z wizytą do Campbeltown. Zdołał odwiedzić tam w sumie ponad 21 destylarni, co skłoniło go do określenia Campbeltown „Miastem Whisky”. Wśród destylarni, które odwiedził wówczas Barnard, znalazły się takie, jak Springbank (którego początki sięgają 1828 roku) oraz Glen Scotia (założona w 1832 roku). Obie te destylarnie powstały w czasach swoistego boomu na budowanie nowych destylarni, który stał się w sumie źródłem aż 24 całkowicie nowych inwestycji, jakie powstały na terenie Campbeltown w latach 1823-1835.
            Wkrótce potem, jak to często bywa w destylacyjnym biznesie, boom został zastąpiony szeregiem bankructw, co już w 1925 roku skutkowało pozostaniem przy życiu ledwie 12 destylarni. Jednak to nie był koniec destylacyjnego krachu w tym regionie. Dziesięć lat później, w 1935 roku, na horyzoncie wciąż destylujących zakładów pozostały tylko dwa wspomniane wyżej – Springbank i Glen Scotia, którym i tak nie były obce okresy studzenia alembików.
            Podsumowując ten bieg zdarzeń można by powiedzieć, że Campbeltown w pewnym sensie stało się ofiarą własnego sukcesu. W obliczu dużego popytu (szczególnie ze strony kompanii zajmujących się produkcją blended whisky) część tamtejszych destylarni zaczęła produkować gorszej jakości destylaty, zbyt szybko destylowane i niezbyt dokładnie oczyszczone. Na domiar złego destylaty te pakowano do beczek, oględnie mówiąc, nienajwyższej jakości. W efekcie do charakterystycznej torfowej whisky z Campbeltown coraz powszechniej przyklejała się etykietka trunku o kiepskiej reputacji. Nierzadko notowano wręcz zwroty zamówionych destylatów, określanych przez niezadowolonych odbiorców mianem „śmierdzącej ryby”.
            Kolejnym gwoździem do trumny dla tamtejszej whisky jawiła się narodowa prohibicja w Stanach Zjednoczonych (1919-1933). Trzeba przyznać, że eksport whisky z Campbeltown do USA do tego czasu miał się naprawdę nieźle, a brak zamówień zza oceanu mocno nadszarpnął budżetami destylarnianych spółek. To jednak nie był jeszcze koniec ich kłopotów. Dodatkowym czynnikiem uśmiercającym whisky-biznes w Campbeltown okazało się zamknięcie w 1923 roku lokalnej kopalni węgla Drumlemble. To oznaczało dla destylatorów koniec dostępu do stosunkowo taniego paliwa.

            Jednak, pomimo tych wszystkich opisanych przeze mnie kłopotów, prawdopodobnie najbardziej niszczącym tutejszy whisky-biznes ciosem okazało się przekierowanie swych preferencji przez kompanie blendingowe w stronę nieco bardziej wyrafinowanych i mniej intensywnych w palecie destylatów ze Speyside. W efekcie niedawne jeszcze „miasto whisky” stawało się ledwie wyczuwalnym duchem swej idącej w niepamięć świetności. I tylko nad Sprongbankiem i Glen Scotią snuła się z przerwami smuga dymu ogłaszająca, że jeszcze nie wszystkie destylarnie z Campbeltown umarły......."
Choć moim tematem przewodnim na łamach miesięcznika Rynki Alkoholowe jest american whiskey (na czele z bourbonem, rzecz jasna), to od czasu do czasu pokuszę się o napisanie tekstu dotyczącego whisky z innych rejonów świata. Tym razem, czyli w lutowym numerze RA, znajdziecie artykuł poświęcony szkockiej whisky single malt z regionu Campbeltown. Wyżej zamieszczam jedynie fragment tego artykułu, jak zawsze do przeczytania całości zapraszając Was już na łamy wspomnianego pisma.
Miłej lektury.

sobota, 22 lutego 2014

STITZEL-WELLER VISITOR CENTER

Jak donoszą amerykańskie media, koncern Diageo planuje zorganizować Visitor Center dla fanów marek american whiskey należących do Diageo właśnie. Nowe centrum turystyczne ma kosztować ok. 2 mln $ i ma mieścić się w dawnym budynku administracyjnym słynnej Stitzel-Weller Distillery w Louisville, Ky.
No muszę przyznać, że aż mi dech zapiera, gdy słyszę, jak to po raz kolejny Diageo próbuje rozpaczliwie odgryźć jak największy kawałek z tego tortu-renesansu amerykańskiej whiskey z bourbonem na czele. A przecież to właśnie Diageo jest jednym z większych sprawców upadku co lepszych amerykańskich destylarni. To właśnie Diageo pozbył się w swoim czasie praktycznie wszystkich porządnych marek bourbon i rye whiskey. To wreszcie Diageo (ówczesny UD) zamknął w 1992 roku destylarnię Stitzel-Weller, uznając, że jest przestarzała i za mało produktywna. Ugruntowany w tym przeświadczeniu Diageo sprzedał wreszcie w 1999 roku wszystkie marki bourbon whiskey należące do Stitzel-Weller. A dziś?
No cóż, dziś bourbon whiskey i rye whiskey przeżywają prawdziwy renesans. Zwyżki sprzedaży rok do roku sięgają liczb dwucyfrowych. Nadeszły czasy, że prawie każdy znaczący gracz na rynku whisky chce posiadać w swoim portfelu dobrze sprzedającą się markę bourbona.
Diageo po drodze zostawił sobie jedną destylarnię w Tennessee (George A. Dickel) orza 2 marki bourbona - Bulleit oraz I.W. Harper. Ten ostatni generalnie istnieje tylko w USA oraz nieco w Japonii. Bulleit z kolei, z uwagi na brak hitowych marek bourbona w portfolio Diageo, jest obecnie mozolnie kreowany na ekskluzywną whiskey (do której destylatów dostarcza Four Roses Distillery w przypadku bourbona oraz MGP Distillery w przypadku rye).
Jak podają źródła z Diageo, w nowym Visitor Center swoje zacne miejsce znajdzie witryna poświęcona tak whiskey Bulleit, jak i witryna najnowszej kolekcji Diageo, zwanej Orphan Barrel (o której pisałem już wcześniej tutaj).
 Cały projekt, obejmujący również gift shop (a jakże...), ma zakończyć się już tego lata czyli całkiem szybko. Na koniec przytoczę słowa Larry'ego Schwartza, przedstawiciel koncernu, który 22 lata temu uśmiercił destylarnię Stitzel-Weller (tak w ramach śmiechu przez łzy): "Stitzel-Weller jest jednym z najbardziej znaczących i zabytkowych elementów historii bourbonowego stanu Kentucky i jest dla nas zaszczytem odrestaurowanie tego miejsca, by dzielić się nim tak z mieszkańcami Louisville, jak i z turystami" - Zabawne, prawda?!

czwartek, 20 lutego 2014

WILD TURKEY DISTILLER'S RESERVE 13YO

Wild Turkey Distiller's Reserve 13YO, to ekskluzywna edycja bourbon whiskey spod znaku dzikiego indyka, dostępna wyłącznie na rynku japońskim. Beczki do tej edycji pochodzą zawsze z jednego (i jedynego) magazynu leżakowego – warehouse B. To najwyżej położony magazyn leżakowy ze wszystkich, zlokalizowanych na terenie destylarni (Wild Turkey Hill). Według mistrzów destylacji Wild Turkey Distillery w tym magazynie panują warunki sprzyjające dłuższemu leżakowaniu destylatów, jak niższa temperatura czy znakomita cyrkulacja powietrza. W związku z tym to właśnie tu master distiller Jimmy Russell (ojciec) i associate master distiller Eddie Russell (syn) razem dokonali selekcji beczek do prezentowanej tu WT. 13 lat spędzonych w beczce robi w tym wypadku swoje, czyli nadaje niezwykle esencjonalnemu w palecie bourbonowi (jak to w przypadku Wild Turkey bywa) prawdziwej dojrzałości i elegancji. Przejawia się to w przeplocie akcentów łagodnej dębiny i bogactwa wanilii ze śladami dojrzałych gruszek. Całość zwieńczona długim wytrawnym finiszem, typowym dla kilkunastoletnich bourbon whiskey z Wild Turkey.

Charakterystyczna dla WT butelka zapakowana jest w eleganckie tłoczone pudełko i, jak już wspomniałem, wysyłana wyłącznie ku uciesze Japończyków. Trochę dziwi obniżona zawartość alkoholu z kultowego już 101 proof do 91 proof, szczególnie w przypadku edycji specjalnej, jaką jest WT Distiller’s Reserve 13YO. No ale w końcu nie muszę wszystkiego rozumieć....

środa, 19 lutego 2014

NAJNOWSZA BUFFALO TRACE EXPERIMENTAL COLLECTION

Destylarnia Buffalo Trace ogłosiła właśnie wypuszczenie na rynek amerykański (wyłącznie, jak zawsze) najnowszej edycji swojej Experimental Collection (EC).
Najnowsza edycja Experimental Collection dotyczy wpływu zawartości alkoholu w destylatach w chwili beczkowania (tzw. entry proof) na proces dojrzewania oraz profil aromatyczno-smakowy uzyskanej finalnie bourbon whiskey. Tym razem do eksperymentu użyto rye recipe bourbon whiskey, czyli bourbona, w recepturze którego (obok kukurydzy i słodu jęczmiennego) znajduje się zwyczajowe żyto.
Destylaty w opisywanym eksperymencie miały entry proof na poziomie: 125, 115, 105 i 90 proof (czyli odpowiednio: 62,5%, 57,5%, 52,5%, i 45%), przy czym każdy wydestylowano tak samo, z zawartością alkoholu 140 proof (70%). Następnie wszystkie leżakowały razem w magazynie leżakowym K przez dokładnie 11 lat i 9 miesięcy. 
Muszę w tym miejscu dodać, że całkiem niedawno do małych buteleczek (typowych dla EC) trafiły bourbony pszeniczne (w recepturze których zamiast typowego żyta stosuje się pszenicę) o dokładnie takich samych entry proof, wydestylowane mniej więcej w tym samym czasie, co eksperymenty z bourbonem żytnim. Wszystkie destylaty (i te żytnie i te pszeniczne) leżakowały w tym samym magazynie (K), na tym samym piętrze i stelażu. Nawet zabutelkowane zostały w podobnym czasie. Wszystko to ma pokazać wpływ entry proof na leżakowanie destylatów i to od razu z uwzględnieniem dwóch różnych receptur.
Choć Buffalo Trace tego w zasadzie nie czyni, to tym razem ujawniło swoje noty degustacyjne, przynależne każdej z eksperymentalnych whiskey. Okazało się, jak mówi master distiller Harlen Wheatley, że zwycięzcą obecnego eksperymentu jest bourbon whiskey o entry proof wynoszącej 125 proof. Według Wheatleya oceny dokonano na podstawie tzw. blind tastingu, czyli testowaniu z ukrytymi przed testerami danymi każdej testowanej whiskey. Czemu akurat wygrał entry proof typowy dla żytnich bourbonów z Buffalo Trace, tego możemy się już tylko domyślać, wierząc, że właśnie taka wartość alkoholu jest przy beczkowaniu rzeczywiście najlepsza.
Jak zawsze, EC wlewane są do butelek o pojemności 375 ml i sprzedawane na rynku pierwotnym w cenie ok. 46$. Jak zawsze też do Europy trafią pojedyncze egzemplarze (jeśli w ogóle) w cenie 2-3 razy wyższej. Taki już los europejskiego miłośnika amerykańskich whiskey...:)

poniedziałek, 17 lutego 2014

ZMIANY W OFERCIE WILD TURKEY

Kiedy w 2009 roku Wild Turkey (WT) z rąk Pernod-Ricard trafił do włoskiej grupy Campari, pojawiało się mnóstwo pytań o to, co dalej z tą znakomitą destylarnią bourbon i rye whiskey. W międzyczasie nowy właściciel pobudował zupełnie nową destylarnię o znacznie zwiększonych mocach produkcyjnych oraz zupełnie nową butelkownię (do tej pory whiskey Wild Turkey rozlewano w butelkowni w Fort Smith w Arkansas (dawna firma Hirama Walkera), oddalonej od destylarni o 700 mil!). W budowie jest obecnie nowoczesne centrum wizytowe. Wygląda więc na to, że kondycja destylarni jest nawet jeszcze lepsza niż była. I wszystko byłoby super, gdyby nie najnowsza polityka sprzedażowe whiskey Wild Turkey. Ogólnie rzecz ujmując wygląda to tak, że Campari upodobało sobie w tym względzie szczególni Japonię, pozostałe rynki, i to włącznie z rodzimym rynkiem USA, traktując nieco po macoszemu. Oczywiście target w postaci Japonii nie jest tu bynajmniej, czyli w przypadku WT, czymś nowym (już od lat Japonia szczyci się edycjami WT szykowanymi tylko dla niej), nigdy jednak nie odbywało się to aż takim kosztem. Oto przykład: WT 12YO, obecny do tej pory w ilości limitowanej (ale co roku) w USA i wybranych rynkach Europy, oferowany teraz będzie wyłącznie w Japonii. To samo ma dotyczyć nieco bardziej popularnej wersji WT 8YO. Szczerze mówiąc nie do końca rozumiem powodów takich decyzji. Tym bardziej mnie to zastanawia, że od niedawna wyłącznie w Japonii oferowana jest ekskluzywna wersja WT Distillers Reserve 13YO.
Co zatem kupi rodzimy konsument w USA, a co klient japoński? Oto lista 3 największych rynków WT na świecie:
I. USA:
- Bourbony:
1. WT 81
2. WT 101
3. WT Rare Breed
4. Russells reserve Small Batch 10YO
5. Russells Reserve Single Barrel
6. WT Kentucky Spirit
- Rye:
1. WT Rye
2. Russells Reserve Rye 6YO
II. Japonia:
- Bourbony:
1. WT 81
2. WT 8YO
3. WT 12YO
4. WT Distillers Reserve 13YO
5. WT Rare Breed
- Rye:
1. WT Rye
III. Australia:
- Bourbony:
1. WT 86,6
2. WT 101
3. WT Rare Breed
4. Russells Reserve Small Batch 10YO
- Rye:
1. WT Rye
Dla miłośników WT spoza Japonii zmiany te będą o tyle bolesne, że z międzynarodowych rynków powoli znikać będą (przynajmniej z rynku pierwotnego) wyleżakowane wersje 8YO i 12YO. Być może Campari ustosunkuje się oficjalnie do swojej nowej polityki sprzedażowej w jakichś mediach. Być może odpowie też na pytania miłośników marki z USA i nie tylko. Być może...
Póki co mamy, co mamy. Pozostaje nadzieja, że (nie po raz pierwszy w amerykańskim whiskey-biznesie) producent (tu: Campari) znów pochyli się nad uwagami środowisk tak konsumenckich (mam na myśli fanów marki z całego świata, choć głównie z USA), jaki i eksperckich, ale gwarancji, rzecz jasna, nie ma. Obiecuję, że będę śledził ten wątek.